Dzień dobry wszystkim!

Dziś wpis gościnny drugiej połówki Filipa. Będzie trochę bardziej lifestyle’owo, bo wpis będzie traktował o podróżach. Jako osoba, która zwiedziła trochę świata, chciałam się z wami podzielić swoimi doświadczeniami i sposobem na to, jak udaje mi się jechać na drugi koniec świata za niewielkie pieniądze nie śpiąc pod gołym niebem (choć w niektórych przypadkach może być to na pewno ekscytujące).

Zaczynamy podróż od… Tajlandii!

Chciałabym zacząć od Tajlandii (wiem, trochę oklepany temat), ale zainspirował mnie filmik Piotra Ogińskiego (z kanału na youtube – Kocham Gotować). Ponadto Tajlandia to kraj bliski memu sercu, gdyż codziennie piszę na jego temat newsy na portalu Centrum Studiów Polska-Azja.

Zainspirował to może za duże słowo. Chciałabym obalić niektóre „fakty”, którymi zasypuje nas autor (choć darzę go wielką sympatią za jego twórczość youtube’ową) oraz dołożyć trochę od siebie.

Kupno biletu

Zaczynijmy od początku czyli od… biletu. Według Piotra Ogińskiego do Tajlandii dostaniemy się już (sic!) za 3500zł w obie strony. Za tyle to można do Australii dolecieć (i to też nie jest jakaś szczególnie dobra oferta). Ze swojej strony polecam śledzić portale takie jak: fly4free.pl, loter.pl czy mlecznepodróże.pl. Ot, pierwsza z brzegu promocja.

Czyli okazuje się, że bez specjalnego problemu do Tajlandii dostaniemy się za kwotę niższą niż 2000zł. Da się? Da się.

Gdzie jechać, co zobaczyć? Tu oczywiście wszystko zależy od tego na co się nastawiamy jadąc do Tajlandii. Ja może pokrótce opowiem wam jak wyglądała moja podróż do Tajlandii.

Pierwszy raz miałam okazję zwiedzić ten kraj w 2010 roku. Była to część większej wyprawy po Azji Południowo-Wschodniej (ale o tym może kiedy indziej). Wybrałam się z koleżanką (po rozdzieleniu się od dwóch innych koleżanek, które wybrały Laos).

Kierunek – północ!

Swoją przygodę z Tajlandią rozpoczęłyśmy od Bangkoku skąd wyjechałyśmy po godzinie i udałyśmy się na północ. Dotarłyśmy do Chiang Mai. Tam, po rozpoznaniu miasteczka, obowiązkowego w Tajlandii masażu (koszt godzinnego masażu – ok. 20-30zł). Gdy wróciłyśmy do hostelu wykupiłyśmy dwudniową wycieczkę po dżungli oraz do wioski plemienia długich szyj (plemię Karen). Wycieczka była naprawdę udana! Nasz przewodnik po dżungli bardzo upodobał sobie dwie Polki i prosił mnie nawet, abym zbierała do torebki świeżo złapane świerszcze, które później upieczemy w ognisku. Przyznam, że dość dziwnym uczuciem było noszenie w kieszeni skaczących robaków. Po całodniowym trekkingu w dżungli, dotarliśmy do wioski. Przyznam, że kobiety noszące kilkanaście złotych obręczy na szyi robią piorunujące wrażenie. Niesamowite, że coś, co niszczy nasze ciało może być tak pociągające.

Chiang Mai, Tajlandia

wioska długich szyj, Tajlandia

wioska długich szyj, Tajlandia

Przez dżunglę na słoniach

Po kolacji (w menu oczywiście świerszcze prosto z ogniska – całkiem niezłe – takie zwęglone proteinowe czipsy) nasz przewodnik wraz ze swoim przyjacielem poczęstowali nas świeżo zerwaną…khm…trawą. Sama nie palę, ale czego nie robi się dla pokazania szacunku gospodarzowi. Noc była dla mnie, i dla mojej przyjaciółki…ciekawa. Okazało się, że tak naturalne używki świetnie wpływają na nastrój.
Następnego dnia czekała nas wizyta w wiosce słoni, na których mogłyśmy się przejechać. Niesamowite doświadczenie, jednak zmartwiło mnie to, jak słonie są traktowane. Nie wiem czy sprawia im to ból, ale nasi kierowcy (?), aby musztrować zwierzę, bili je młotkiem po głowie. To trochę ostudziło ekscytację, a sprowadziło do smutnej rzeczywistości.

przejażdżka na słoniach

Była stolica

Po trzech dniach w Chiang Mai ruszyłyśmy na południe do byłej stolicy Tajlandii – Sukhotai. Miasteczko nieduże, do przejechania w chwilę na rowerze. Największą atrakcją Sukhotai jest duży kompleks świątynny z wielooooma postaciami Buddów (których w Azji ci dostatek i już po kolejnej wizycie w takim przybytku masz ich po trochu dosyć). Był to jednak miły przerywnik w spokojnym miasteczku.

Sukhotai, Tajlandia

Tajski kurort (?)

Następnie udałyśmy się na samo południe Tajlandii – do Phuket. Kiedyś (i dziś) kurort. My jednak trafiłyśmy tam w niecały rok po przejściu tsunami. Co zastałyśmy? Bary z tańczącymi dziewczynami i mega drogim alkoholem, dwa sklepiki, kramik z naleśnikami z bananami i…. plażę. To ostatnie uratowało pobyt w Phuket. Oczywiście my, jako uzdolnione dziewczyny o dość ciemnej karnacji i braku problemów z opalaniem, widząc zachmurzone niebo stwierdziłyśmy, że nie ma potrzeby, żeby smarować się olejkami. BŁĄD!!! Otóż jest, ZAWSZE i WSZĘDZIE w Azji. Nasze dekolty przypominały zmieniającego skórę węża, mimo magicznych specyfików od tamtejszych aptekarzy. Także dobrze radzę – smarujcie się.

Po Phuket przyszedł czas na Bangkok! Podczas tego pobytu nie zobaczyłam jednak tak wiele, jak podczas tegorocznego pobytu w stolicy Tajlandii. Dlatego opowieść o tym mieście pozwolę sobie zostawić na następny post.